Gdyby superbohaterowie istnieli naprawdę, to pewnie nie wyglądaliby jak Kapitan Ameryka – prędzej jak celebryci na sterydach z ego wielkości Himalajów. I dokładnie to dostajemy w serialu The Boys – brutalnym, bezkompromisowym i absurdalnie zabawnym spojrzeniu na to, co stałoby się, gdyby herosi byli nie tylko ludźmi, ale i korporacyjnymi produktami. Serial wrócił z kolejnymi odcinkami, a my, jak przystało na uzależnionych od czarnego humoru widzów, zatapiamy się w krwawych intrygach i (nie)bohaterskich dramatach. Czas przyjrzeć się, co nowego słychać w uniwersum zniszczonych ideałów i poplamionych peleryn.
Nowe odcinki, nowe szaleństwo
Sezon czwarty przynosi dokładnie to, czego można było się spodziewać – chaos, przemoc, sarkastyczne dialogi i jeszcze więcej niezdrowych relacji. Billy Rzeźnik, mimo moralnego kaca i postępującego kryzysu egzystencjalnego, wciąż prowadzi swoją krucjatę przeciwko Voughtowi i Supkom. Hughie, niezależnie jak bardzo próbuje być normalny, znów wpada po uszy. Cały zespół pogrążony jest w coraz głębszych rozterkach moralnych, a Homelander… cóż, Homelander strzela spojrzeniem, które mogłoby rozpuścić stal.
Jeśli ktoś liczył na delikatne buciki i herbatkę o piątej – to nie ten adres. Nowe odcinki kontynuują trend zapoczątkowany w poprzednich sezonach: są brutalne, oburzające i absurdalnie nieodpowiednie. Ale właśnie takie jest The Boys – niepokorne, bez filtra, rozrywające klisze znane z MCU czy DCEU.
Kto tu rządzi? Przegląd bohaterów (i złoczyńców w jednym)
Ciężko jednoznacznie określić, kto w The Boys jest naprawdę bohaterem. Rzeźnik to typ, który chętnie rozwali wszystko, byle osiągnąć cel, ale którego trudno nie lubić. Hughie to chłopak, który nadal wierzy w dobro, chociaż co odcinek musi tę wiarę aktualizować jak stary Windows. A Frenchie i Kimiko – duet, który daje nadzieję, że nawet w tym burdelu można odnaleźć coś na kształt miłości.
Po drugiej stronie barykady mamy oczywiście Homelander – czyli psychopatę w pelerynie, który budzi grozę już od samego uśmiechu. Fresca popija Stan Edgar, corridor whisperer w garniturze, który potrafi zniszczyć karierę jednym telefonem. A na dokładkę nowi bohaterowie, których moralność można zmieścić na powierzchni łebka od szpilki. Każda postać to bomba zegarowa, która tylko czeka, by wybuchnąć – i najczęściej robi to spektakularnie.
Dlaczego to działa? Analiza popularności
Serial The Boys nie bez powodu ma status kultowego hitu. W czasach, gdy produkcje superbohaterskie mnożą się jak memy z kotkami, ta seria oferuje coś naprawdę świeżego – brutalną satyrę, która mówi sprawdzam popkulturze. Ludzie pokochali ten serial nie tylko za przemoc i dosadny humor, ale też za wyjątkowe spojrzenie na społeczne niuanse. Przebija bańkę nadmuchaną przez Marvela i DC, pokazując, że siła może być przekleństwem, a bohaterstwo – formą PR-u.
W dodatku the boys idealnie wpisuje się w cyniczne czasy. Tutaj nikt nie jest idealny (zacznijmy od tego, że pewnie nikt nie przeszedłby testu Rorschacha), a widzowie zamiast trzymać kciuki za uratowanie świata, zadają sobie pytanie: Kto tym razem odpadnie spektakularnie?. Zresztą – kto potrzebuje zbawienia, kiedy mamy Behemotha ze świetlówką w nosie i laserem z oczu?
Fenomen w czasach przesytu
The Boys nie tylko przetrwało kilka sezonów – ono rośnie w siłę z każdym kolejnym. Spin-offy, komiksy, fanarty i cosplaye – z serialu wykluło się coś więcej niż tylko rozrywka. Stał się soczewką popkultury, przez którą przeglądamy się sami – trochę rozbawieni, trochę przerażeni, ale przede wszystkim uzależnieni.
Platformy streamingowe mogłyby się od nich uczyć, jak wykorzystać kontrowersje, by budować lojalność fanów. W świecie, gdzie każda produkcja boi się urazić kogokolwiek, The Boys celuje z bazooki prosto w poprawność polityczną. I właśnie dlatego działa. Jest bezkompromisowy. Autentyczny. I cholernie zabawny.
Nie da się ukryć – The Boys to serial, którego nie da się pomylić z żadnym innym. Nowe odcinki pokazują, że twórcy nie spuszczają z tonu, a bohaterowie, choć bardziej przypominają antybohaterów, są bardziej „ludzcy” niż niejedna postać z moralnością wykutą w marmurze. Fani znajdą tu wszystko, co pokochali: zgrzyty, brutalność i toksyczne relacje. A dla tych, którzy jeszcze nie oglądali – cóż, może czas przestać czytać, zacząć oglądać i dać się porwać najbardziej obrazoburczej produkcji tej dekady.